
Czasem człowiek miewa tak, że najlepszym filmem obejrzanym w ciągu dnia na festiwalu nie jest poważny dramat, tylko dokument o mistrzostwach świata w robieniu owsianki.
Wreszcie nastał dzień idealnej dla mnie pogody czyli szarego nieba i 22 stopni. Aczkolwiek nie przyczyniło się to do mojej wzmożonej aktywności na festiwalu. Przyznam, że ostatecznie pominąłem seans ,,Sleepless City", który jak dotąd planowałem. Zrezygnowałem także z ,,Kiery Harry poznał Sally" w kinie plenerowym ze względu na to jak chłodno byłoby mi już o tej porze. Dlatego obejrzałem tylko 3 filmy, niczym w poniedziałek.
Zacząłem od ,,Najlepszej owsianki na świecie" czyli dokumentu o mistrzostwach świata w robieniu owsianki. Ten absurdalnie brzmiący koncept staje się tematem przeuroczego filmu, po którym widownia nawet klaskała. Myślę, że to najzabawniejszy seans na tegorocznej edycji. Niezręczne, trochę drętwe, ale też wielokrotnie nawiązujące do owsianki żarty wywoływały głośne śmiechy wśród widowni. Mi też udzielała się ta atmosfera. Szczególnie, że humor zupełnie nie sprawia wrażenia wymuszonego. Jest zresztą miłą odmianą zobaczyć film dokumentalny, w którym ludzie tak często żartują. Sprawia to wręcz wrażenie obcowania z mockumentary, a jeśli was to kręci tak samo jak mnie, to zdecydowanie sprawdźcie produkcję przy wolnej okazji. Warto też docenić reżysera, Constantine'a Costiego, dla którego jest to pełnometrażowy debiut. Wie jak zadbać o wyczucie czasu żartów, sprawnie przeprowadza nas po tej niewielkiej miejscowości, a także kończy całość całkiem emocjonalną klamrą.
![]() |
| fot. Najlepsza owsianka na świecie, reż. Constantine Costi, dystr. Gutek Film |
Zacząłem od ,,Najlepszej owsianki na świecie" czyli dokumentu o mistrzostwach świata w robieniu owsianki. Ten absurdalnie brzmiący koncept staje się tematem przeuroczego filmu, po którym widownia nawet klaskała. Myślę, że to najzabawniejszy seans na tegorocznej edycji. Niezręczne, trochę drętwe, ale też wielokrotnie nawiązujące do owsianki żarty wywoływały głośne śmiechy wśród widowni. Mi też udzielała się ta atmosfera. Szczególnie, że humor zupełnie nie sprawia wrażenia wymuszonego. Jest zresztą miłą odmianą zobaczyć film dokumentalny, w którym ludzie tak często żartują. Sprawia to wręcz wrażenie obcowania z mockumentary, a jeśli was to kręci tak samo jak mnie, to zdecydowanie sprawdźcie produkcję przy wolnej okazji. Warto też docenić reżysera, Constantine'a Costiego, dla którego jest to pełnometrażowy debiut. Wie jak zadbać o wyczucie czasu żartów, sprawnie przeprowadza nas po tej niewielkiej miejscowości, a także kończy całość całkiem emocjonalną klamrą.
Następny był libański dramat ,,A Sad and Beautiful World", który miał premierę na festiwalu w Wenecji, a tutaj bierze udział w Konkursie On Air. To historia pary połączonej wręcz przeznaczeniem. Urodzili się w odstępie 1 minuty, a po długiej rozłące od czasu dzieciństwa, spotykają się ponownie zupełnym przypadkiem. Czy jest sens w opowiedzeniu takiej historii na tle Libanu, w którym spadające pociski odbijają się na psychice ludzi? Otóż jest. Reżyser, Cyril Aris, całkiem prędko sprowadza swoich bohaterów na ziemię po tym bajkowym rozpoczęciu. A jest ono tutaj po to, aby podkreślić, że nawet taka bliskość pary, wręcz wyśniona, może zostać złamana w obliczu tragicznej sytuacji w kraju. Coraz trudniejsze prowadzenie biznesu, nieustające konflikty, wychowywanie dziecka w takim świecie... No właśnie, film stawia pytanie o to czy warto w ogóle sprowadzać na świat nowe życie kiedy tak on wygląda. To trudna kwestia, która do czasu zakończenia prowadzi do interesujących konfliktów w związku. Niestety film nigdy nie dociera do satysfakcjonującej konkluzji. Konkretniej uważam, że jest nietrafna w przypadku tak realistycznego (przez większość czasu) dzieła. Przy czym odbiór tego będzie zależał od przekonań widza. Samemu dodam jeszcze, że ciekawa jest struktura filmu. Nie pokazuje on za dużo dzieciństwa, a do tego ilekroć główna bohaterka, Yasmina, podejmuje jakąś decyzję sprzeczną z jej dotychczasowymi przekonaniami, staje się to po twardym cięciu. Taka struktura zmusza nas do zastanawiania się nad tym, co doprowadziło do takich działań postaci. Dlatego szkoda jedynie, że ostateczne odpowiedzi są tak rozczarowujące.
![]() |
| fot. Godej do mie, reż. Robert Talarczyk, dystr. TVP |
Niestety nie mogłem zostać na spotkaniu z głównym aktorem, Hasanem Akli, po poprzednim seansie. Potrzebowałem przerwy, po której czekał mnie pierwszy publiczny pokaz polskiego filmu ,,Godej do mie". Jest on debiutem fabularnym aktora i reżysera teatralnego Roberta Talarczyka. Odpowiada on chociażby za spektakl o identycznym tytule, na którym bazuje jego film. Przedstawienia nigdy nie widziałem, więc na tym aspekcie skupię się w części poświęconej spotkaniu po seansie. Co do filmu, jest on na pewno ważną reprezentacją dla Ślązaków, którzy w polskiej kinematografii wciąż kojarzą się stereotypowo i humorystycznie (,,Poskromienie złośnicy"; ,,Nic na siłę"). Twórcom zależało, aby odczarować język śląski poprzez użycie go w uniwersalnym dramacie. Doceniam ten pomysł. Jednakże cel nie uświęca środków. To płytki dramat psychologiczny. Winę ponosi chociażby sięgnięcie po bardzo zużyty już temat trudności komunikowania się w związku, a także straty dziecka. Film nie robi niczego nowego, ani świeżego w tym temacie. Sprowadza się przede wszystkim do pokazania czegoś oczywistego jak to, że mąż jest skłonny obwiniać żonę o stratę dziecka, a samemu umie tylko niszczyć wszystko wokół siebie. Twórcy chcieli jednocześnie też pokazać uciekanie od odpowiedzialności, które ponownie, jest prostym, dość oczywistym wnioskiem. Przeszkadza mi też jak bardzo męska jest perspektywa w tym filmie. Za dużo scen poświęca się postaci Darka, więc dość prędko historia powtarza się. Tymczasem osobisty dramat Agnieszki ma za mało miejsca dla siebie, sprowadza się również do kompletnie zbędnego wątku z pacjentem oraz musi jeszcze zrobić przestrzeń dla znęcania się nad nią. Dodajmy do tego jeszcze słabą reżyserię prędko dającą znać, że to debiut fabularny. Kadry niepotrzebnie próbują być pomysłowe, niektóre rozwiązania formalne są tandetne, a do tego dobór muzyki też woła o pomstę do nieba, bo niemal każdy dramatyczny moment nie potrzebuje tego samego jazzowego motywu w tle. W przypadku obsady jestem łagodniejszy, bo Agnieszka Radzikowska oraz Dariusz Chojnacki ewidentnie mają doświadczenie z teatru i znają dobrze te postacie. Po prostu szkoda, że grany przez nich materiał jest jaki jest.
Spotkanie po seansie na pewno pokazało mi jak ważny był aspekt śląskiej reprezentacji. Również uświadomiło mi ono, że to nietypowy projekt od strony produkcyjnej, bo pierwszy, w którym teatr byłby głównym producentem. Otwiera to nowe, ciekawe możliwości. Niestety dowiedziałem się też o tym, co było nowe dla filmu jak chociażby postacie grane przez Grażynę Bułkę, Jacka Belera oraz Michała Żurawskiego. Z wyjątkiem matki, są to zbędne nowe elementy i w pełni rozumiem dlaczego nie było ich w spektaklu. Cieszy mnie, że Robert Talarczyk nie chciał, aby filmowe ,,Godej do mie" było identyczne względem przedstawienia. Jednakże nie widzę tutaj dobrego pomysłu na jego rozwinięcie. Pozytywem na pewno jest to, że produkcja filmu dała pracę ekipie złożonej z praktycznie wyłącznie (jeśli nie nawet całkowicie) Ślązaków. Mam nadzieję, że nawet taki słaby film będzie w stanie otworzyć nowe ścieżki rozwoju w polskim kinie, bo należy się tej grupie lepsza reprezentacja.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz