piątek, 3 lipca 2026

Żale Kinomana na 24. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym BellaTOFIFEST - Dzień 6

 

Zbiegiem okoliczności niemal wszystkie filmy obejrzane podczas przedostatniego dnia na festiwalu były o rodzinie.


To już szósty dzień na festiwalu. Na tym etapie jestem już na tyle kojarzony, że wolontariusz skanując mi bilet zapytał ile obejrzałem filmów, bo tak często mnie widzi. A ja jakoś się trzymam, choć na przedostatnim seansie czuję się już zmęczony. Jednakże pogoda jest dobra, a filmy również.

fot. Mile End Kicks, reż. Chandler Levack

Zacząłem od ,,Mile End Kicks" Chandler Levack, której debiut fabularny ,,Lubię filmy" był przełomem na festiwalu w Toronto. To mój pierwszy kontakt z jej twórczością. Do ,,Mile End Kicks" podchodziłem z ostrożnością. Przede wszystkim zraziłem się ewentualną nostalgią do wczesnej drugiej dekady XXI wieku. Generalnie taka tęsknota potrafi być szkodliwa, czego przykładem moim zdaniem jest gra ,,Mixtape" (aczkolwiek ona dotyczy lat 90.). W przypadku filmu Chandler Levack bałem się nostalgii za tak niedawnymi czasami i spoglądania na nie przez różowe okulary. Na szczęście pomijając słaby początek, jest to produkcja skupiona na osobistej historii, a nie czasach, w których rozgrywa się. Przy czym muszę szczerze przyznać, że nie byłem jej docelowym odbiorcą. Nie dlatego, bo nie przepadam za historiami o młodych dorosłych albo komediami romantycznymi. Po prostu ,,Mile End Kicks" prezentuje humor oraz część popkultury, które nie trafiają do mnie. Jednakże to wciąż w mojej opinii niezły film, zyskujący przede wszystkim na zakończeniu. Jest ono dobrą refleksją nad złymi decyzjami protagonistki, więc ostatecznie produkcja pozostawiła mnie z pozytywnym wrażeniem.

fot. Blue Heron, reż. Sophy Romvari

Po filmie o młodych dorosłych, przyszedł czas na ciąg trzech produkcji o rodzinie. Na pierwszy rzut poszło ,,Blue Heron" z Konkursu On Air czyli jedno z tych dzieł, wobec których miałem wysokie oczekiwania. Po wielu pozytywnych opiniach, a także zarysie fabuły przeczuwałem, że może ono mi się spodobać. Ostatecznie jest to prawdopodobnie drugi najlepszy film, który obejrzałem w tym roku na festiwalu. A mowa przecież o debiucie fabularnym twórczyni zajmującej się jak dotąd krótkometrażowymi dokumentami. Ta autobiograficzna historia o terapeutycznym dla reżyserki charakterze przedstawia rodzinę wprowadzającą się do Vancouver. Rodzice są emigrantami, a do tego wśród czwórki dzieci jest jedno z poprzedniego związku matki. Właśnie ono, konkretniej najstarszy syn, ma problemy, które są trudne do zdiagnozowania i mogą być potencjalnie niebezpieczne dla rodziny. Historię oglądamy z perspektywy młodej córki. Film doskonale oddaje to jak dziecko łapie zaledwie urywki rozmów lub kłótni, inaczej podchodzi do takich trudności w rodzinie oraz zapamiętuje te wydarzenia na swój własny sposób. To produkcja w dużym stopniu o wspomnieniach. Tym, że kształtują one obraz innej osoby, który mamy w głowie. Jest również o pamięci, gdyż ona nie jest idealna i może wypaczać wspomniany obraz kogoś. Wszystkie te motywy wpływają na fragmentaryczną strukturę filmu. Świetnie operuje on drobnymi scenami, z których każda mówi nam coś o rodzinie i jej członkach. Cieszy mnie także jak film wcale nie powtarza się i od połowy zmienia w kreatywny oraz zaskakujący sposób perspektywę. To właśnie wtedy najbardziej prominentny jest terapeutyczny charakter ,,Blue Heron". Cała ta część jest ważna dla ostatecznego wydźwięku i moim zdaniem bardzo potrzebna. W ogólnym rozrachunku to imponujący debiut, który chwycił mnie emocjonalnie. Dobrze było też posłuchać aktorki Iringó Réti na spotkaniu po filmie. Powiedziała o tym, że chociażby pracownicy społeczni pokazani w produkcji są rzeczywiście ludźmi pracującymi w tym zawodzie. Do tego opowiadała o tym jak reżyserka starała się zachować częściowy dystans wobec tej historii pomimo czerpania w dużym stopniu z własnego życia.

fot. Vanilla, reż. Mayra Hermosillo

Całkiem odmiennym filmem jest ,,Vanilla". Choć również porusza ciężkie tematy i jest wyreżyserowany przez kobietę, to mimo wszystko prezentuje się jako coś dużo luźniejszego. To meksykańskie okruchy życia przedstawiające losy kilkupokoleniowej rodziny złożonej z samych kobiet. Obserwujemy jak radzą sobie w tym dużym, zróżnicowanym gronie pomimo napięć pomiędzy niektórymi członkiniami i ich problemów jak uzależnienie czy dług. Przede wszystkim oglądamy to z perspektywy najmłodszej dziewczynki (zupełnie jak w ,,Blue Heron"). Skojarzenia z ,,Małą Miss" oraz ,,The Florida Project" pewnie będą nasuwać się same. Tym samym jeżeli właśnie lubicie takie filmy, to warto sprawdzić ,,Vanillę". Jednak jeśli preferujecie produkcje, w których fabuła odgrywa większe znaczenie i jest duże skupienie na poruszanych motywach, to wtedy możecie rozczarować się. Reżyserka, Mayra Hermosillo, skupia się na problemach ilekroć jest to dla niej wygodne. Interesują ją przede wszystkim relacje między postaciami, a to, muszę przyznać, wypada bardzo dobrze. Członkinie rodziny różnią się charakterem, celami i tym jak traktują pozostałe. Nie miałem żadnego problemu z kojarzeniem wszystkich, a jest to trudna rzecz do zrobienia w przypadku tak dużej rodziny. Także generalnie podobało mi się. Nawet jeśli preferowałem równe skupienie na wszystkich kobietach, zamiast dominującej perspektywy Roberty. Co do spotkania z reżyserką, musiałem z niego wcześniej wyjść, ale całkiem zabawnie było posłuchać o podobnych doświadczeniach z skondensowanym mlekiem, a także papudze nazwanej po pewnym słynnym austriackim malarzu.

fot. Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii, reż. Robert Eggers

Długo rozważałem jaki seans w kinie plenerowym wybrać tego dnia. ,,Fortepian" Jane Campion chciałem obejrzeć, żeby przekonać się czy jest tak dobry jak inni twierdzą. Jednak ostatecznie wybrałem ,,Czarownicę: Bajkę ludową z Nowej Anglii". Pomimo tego, że kiedyś już ją widziałem. Lecz nadchodząca premiera ,,Werwulf" wzmocniła we mnie chęć powtórzenia debiutu fabularnego Roberta Eggersa. Szczególnie, że za pierwszym razem zrobił on na mnie słabsze wrażenie niż spodziewałem się. Na szczęście klimatyczny seans w kinie plenerowym (fantastyczny dobór lokacji!) przyczynił się do lepszych wrażeń przy okazji powtórki. W końcu uderzyło mnie, że reżyser od początku miał fantastyczną kontrolę nad obrazem. To nie tylko kwestia zbliżenia do tamtego okresu, ale też świetnych kadrów i doskonałego korzystania ze światła. Do tego bardziej doceniam jak wykorzystano motyw wiedźmy. Jako kulturoznawca z częściową znajomością folkloru widzę jak świetnie Eggers opiera swój film na klasycznych elementach, które kojarzymy z wiedźmami. Dzięki temu świetnie wybrzmiewa motyw podejrzeń, kuszenia i wyswobodzenia się. To fantastyczny horror, który przypomniał mi, że potrzebuję więcej Ralpha Inesona w kinie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz