wtorek, 30 czerwca 2026

Żale Kinomana na 24. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym BellaTOFIFEST - Dzień 3

 

Wyjątkowo pozwoliłem sobie na skromniejszy dzień na festiwalu.


Jeszcze przez pierwszą połowę dnia upał nie dawał spokoju, więc przebywanie na dwóch seansach od południa było jakimś ratunkiem. Na szczęście od 15:00 zaczęło się robić stopniowo lepiej, a wieczór nawet uznałem za chłodny. Jeżeli chodzi o mój plan podczas 3 dnia, to trochę się zmienił. Początkowo zakładał obejrzenie 5 filmów, lecz 2 z nich odpuściłem na rzecz pewnego wydarzenia z przyjaciółmi. Przy czym taka przerwa mogła mi też zrobić na dobre, gdyż po obejrzeniu 10 filmów podczas weekendu, zaczynałem odczuwać zmęczenie.

fot. My Sunnyside, reż. Matylda Kawka

Na początek obejrzałem ,,My Sunnyside" Matyldy Kawki czyli dokument o parze dwójki transpłciowych osób z Nowego Jorku. Historia Allie i Jo zdecydowanie była warta sfilmowania. To para z ciekawą historią, w której zawiera się wiele interesujących kwestii. Wpływ tranzycji na przeszłe związki, wychowanie dzieci, postrzeganie płci przez resztę, relacje z rodziną, miejsce pracy, a także religię. Reżyserka w 1,5 godziny była w stanie praktycznie wyczerpać te tematy, co bardzo doceniam. To ogólnie złożona historia ukazana w ciepły sposób z dużą dozą empatii. Jeżeli ktoś lubi dokumenty o codziennym życiu, to polecam obejrzeć. Szczególnie, że jest aktualnie dostępny za darmo na TVP VOD.

fot. Everyone's Sorry Nowadays, reż. Frederike Migom

Zaraz po tym sprawdziłem belgijskie ,,Everyone's Sorry Nowadays" z pasma Forum. To dramat o dojrzewaniu i na razie najsłabsza produkcja jaką obejrzałem w tym roku na festiwalu obok ,,Drogi rzadziej przemierzanej". Historia jest ukazana z perspektywy 13-letniej Bianci mieszkającej z matką i chorym bratem. Rodzice są rozwiedzeni, a kontakt z ojcem dość trudny ze względu na jego nową partnerkę. Film zawiera w sobie zalążki wielu potencjalnie ciekawych tematów, które niestety nigdy nie doczekują się potrzebnego rozwinięcia. Wszystko jest tylko wspomniane, lecz nie ma ostatecznie dużego znaczenia. Zaś najbardziej prominentny aspekt czyli relacja z matką, w której rodzic nie daje dziecku dojść do głosu, irytuje tym, że stale powtarza się. Nie pomagają również okazjonalne tandetne pomysły na urozmaicenie strony wizualnej. To film, który nie pozostawia człowieka z żadnymi ciekawymi wnioskami, bo nie ma zwyczajnie nic do powiedzenia.

fot. Zaproszenie, reż. Olivia Wilde, dystr. Monolith Films

Po długiej przerwie wróciłem na mój trzeci seans w Jordankach czyli przedpremierowy pokaz ,,Zaproszenia" w reżyserii Olivii Wilde. Choć po jej fatalnym ,,Nie martw się kochanie" można było się tego nie spodziewać, to najnowszy film reżyserki zebrał bardzo pozytywne oceny. Czy słusznie? Myślę, że tak. Pozytywnie zaskoczyłem się tym jak bardzo Olivia Wilde spisała się jako reżyserka. Wydawałoby się, że w temacie dzieł o małżeństwach na skraju rozpadu nie da się zrobić niczego świeżego, ale ,,Zaproszenie" zaskakuje. Bez zdradzania tego co zwiastun ukrywa, to film, który potrafi iść parę razy w odmiennym kierunku od tego zakładanego. Choć ostatecznie wraca do starego jak świat motywu, to przez długi czas bawi swoją obscenicznością. Może nie za każdym razem, lecz wiedzcie, że często dołączałem do głośnych śmiechów widowni. Pozostając przy pochwałach dla reżyserii, przede wszystkim działa tempo filmu. Olivia Wilde doskonale radzi sobie z prowadzeniem obsady tak, żeby częste wchodzenie sobie w słowo, przekrzykiwanie się i szybkie dialogi wypadały naturalnie. A jest to coś co na pewno wymagało dużo ćwiczenia. Ma ona również oko do scenografii ponieważ mieszkanie, które oglądamy mówi coś więcej o granej przez nią bohaterce. Na pochwały zasługuje też cała obsada. To są archetypy, ale sprzedane całkiem dobrze, bo bawiły mnie. Olivia Wilde jest stale nerwowa, a każdy moment kiedy przyjmuje nader dużo komplementów świetnie ukazuje niską samoocenę. Seth Rogen (z tym samym śmiechem co zawsze) ma wypisany na twarzy idealny wyraz należący do każdego, kto miał problem z sąsiadami i jego otwarta wrogość służy za wiele świetnych żartów. Penélope Cruz przede wszystkim operuje dość stereotypowym, przerysowanym akcentem i raczej lśni w nietuzinkowych interakcjach z pozostałymi postaciami. Z kolei Edward Norton fantastycznie wypada jako niezręczny, trochę dziwaczny bohater. Na sam koniec tylko powiem, że wyobraźcie sobie ,,Zaproszenie" jako połączenie gry ,,Façade" oraz zeszłorocznej komedii ,,Skomplikowani". Dla mnie taka kombinacja była mile widziana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz