poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żale Kinomana na 24. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym BellaTOFIFEST - Dzień 2

 

Trafiło się tak, że większość obejrzanych filmów podczas drugiego dnia dotyczyło w jakiś sposób zaburzenia rzeczywistości.


Choć festiwale filmowe są tym wydarzeniem, które mimo wszystko da się organizować podczas lata dzięki przebywaniu w klimatyzowanych salach kinowych, to na pewno każdy odczuł mocno niedzielny upał. Temperatura wskazywała nawet nieco ponad 40°C. Wyjście z sali kończyło się mocnym uderzeniem fali ciepła prosto w twarz. Jedna pani przede mną kiedy wychodziła z sali, powiedziała na głos: ,,O jezu". Ciężko się nie zgodzić. Zatem podróżowanie do kina było zdecydowanie utrudnione i myślę, że Tofifest mógłby zadbać o to samo, co robią Nowe Horyzonty czyli oferować łatwy dostęp do wody. Wydaje mi się to jakimś minimum przy takich temperaturach.

fot. Light Pillar, reż. Zao Xu

Jednak przejdźmy do tego, co przyjemniejsze czyli filmów. Jak już człowiek usiadł na sali kinowej to wszelkie problemy znikały. Na początek wybrałem chińskie ,,Light Pillar". To historia o młodym dozorcy w praktycznie opustoszałym studiu filmowym bez perspektyw na przyszłość. Nietypowy jest dobór formatu 4:3 dla animacji, jak i całkiem dużo fragmentów aktorskich kręconych niskiej jakości kamerą. To film o ucieczce od rzeczywistości poprzez realistyczny symulator jakim jest gra otrzymana od szefa. Przyznam, że na tym etapie motyw eskapizmu nie mówi już niczego nowego, a przynajmniej nie w tym wydaniu. To film zmierzający w dość oczywistym kierunku, więc głównie pozostało mi docenienie stylu, aczkolwiek raczej mówię to o aktorskich segmentach. Animacja jest bardzo prosta, zarówno pod względem stylu, jak i ruchu postaci. ,,Light Pillar" to ogólnie średni film. Może i nie nudzi, ale generalnie za mało wyróżnia się. Nie wykorzystuje też potencjału osadzenia w studiu filmowym, bo ostatecznie tylko w zakończeniu próbuje coś powiedzieć o zainteresowaniu kinematografią oraz dziedzictwie kulturowym. Przynajmniej mogę powiedzieć, że scena ze zmianą aspect ratio była mile widziana przeze mnie.

fot. Last Night I Conquered the City of Thebes, reż. Gabriel Azorín

Następny seans czyli portugalskie ,,Last Night I Conquered the City of Thebes", przypominał o cieple na zewnątrz przez osadzenie w gorących źródłach. A jednak zamiast denerwować się tym, co mnie czeka po wyjściu z sali, byłem bardzo uspokojony w trakcie seansu. Film Gabriela Azorína można zaliczyć do nurtu slow cinema, którego siłą jest to jak bardzo potrafi ono zagwarantować mi potrzebne raz na jakiś czas wyciszenie. To powolna produkcja, skupiona na słuchaniu rozmów i siedzeniu w miejscu, bo i ruch kamery jest naprawdę ograniczony. Eksperymentuje też z formą, więc w jednym momencie oglądamy niebo i konstelacje gwiazd, a innym razem siedzimy w kompletnej ciemności bez żadnej muzyki oraz dialogów przez dłuższą chwilę. Zauważyłem, że kilkanaście osób mogło opuścić salę w trakcie seansu, więc ostatecznie podobna ilość pozostała do końca. Kilka lat temu sam mógłbym być jedną z osób, które odbiłyby się od tej formy. Tymczasem po początkowym przyzwyczajaniu się, byłem kompletnie zaabsorbowany tą atmosferą. Od strony treści jest naprawdę ciekawy na poziomie konceptu. Zestawia bezpośrednio ze sobą rozmowy współczesnych młodych ludzi, jak i rzymskich żołnierzy sprzed tysięcy lat. Są one częściowo podobne, a także skupione na tym jak rzadko mężczyźni szczerze ze sobą rozmawiają. Przy czym homoerotycznego napięcia niestety nie ma dużo, a same konwersacje nie są głębokie. Nadal wypadają na tyle ciekawie, aby człowiek miał ochotę ich słuchać, lecz jest to ostatecznie film, w którym bardziej docenia się przepiękną formę.

Potem zrobiłem dość potrzebną przerwę. Choć nie ukrywam, że żałuję ominięcia spotkania po ,,Domie dobrym". W każdym razie moim następnym punktem był seans ,,Drogi rzadziej przemierzanej". Przyznam, że seanse na Tofifest nie są raczej nigdy wyprzedane w całości. Szczególnie w Sali Kameralnej w CKK, gdzie miejsc jest względnie dużo. Dlatego tym razem nie zamawiałem wszystkich biletów od razu. Zatem jakie było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że na seans ,,Drogi rzadziej przemierzanej" wyprzedano już wszystkie bilety. Do tego jest to polska premiera filmu i zaproszono na nią dużą część ekipy filmowej oraz (jak zgaduję) rodziny i przyjaciół. Dlatego musiałem poczekać na moment gdy wszyscy wejdą na salę, żeby zobaczyć czy jednak będą jeszcze jakieś wolne miejsca. Na szczęście usiadłem bez żadnego problemu, a nawet miałem obok siebie nie zajęte siedzenie. Przy czym to i tak był pierwszy raz od seansu ,,Happy End" Michaela Haneke gdzie faktycznie odczułem jakikolwiek problem z dostaniem się na projekcję na tym festiwalu.

fot. Droga rzadziej przemierzana, reż. Zuzanna Grabowska

Sam film jest reprezentantem kina drogi, aczkolwiek z kobiecej perspektywy. To miła odmiana gdyż jest ono kojarzone przede wszystkim z męskimi postaciami. Historia jest o dwóch kobietach jadących na pogrzeb ich wcześnie zmarłej wspólnej przyjaciółki. Jednak pomimo takiego tematu, to komediodramat. Z jednej strony bierze na warsztat ciężkie kwestie jak depresja, molestowanie seksualne oraz śmierć, a z drugiej wielokrotnie stawia bohaterki w humorystycznych sytuacjach. Niestety jest to robione ciężką ręką. Ewidentnie widać, że to debiut fabularny Zuzanny Grabowskiej, bo przechodzenie pomiędzy atakiem paniki, a infantylnymi żartami jest siermiężne w jej filmie. Również samo przedstawienie trudnych tematów wypada niezgrabnie. To nie tak, że scenariusz mówi jakieś szkodliwe rzeczy albo popada w szantaż emocjonalny. Po prostu nie ma tu niczego odkrywczego poza aspektem kobiecego kina drogi. Tego typu historie eksplorujące próbę odbudowania przyjaźni, odzyskania spokoju w życiu i sprostania swoim problemom zdążyły powstać. Głównie pozostaje cieszenie się relacją przyjaciółek, bo widać, że Zuzanna Grabowska oraz Agata Wątróbska blisko się znają. Chemia między nimi jest duża i to raczej dla nich ogląda się ten film. Pojedyncze epizody innych aktorów są nawet urocze (szczególnie Chabior obsadzony wreszcie w jakiejś odmiennej roli względem jego typowej), a pojedyncze żarty bawią, ale ostatecznie to przede wszystkim projekt dla jego modelowego odbiorcy. Mam na myśli dorosłe i starsze kobiety, które lubią takie przyjemne, podnoszące na duchu kobiece historie z dodatkiem ładnych rejonów.

Na seans zaproszono dużą część ekipy filmowej, chociaż w dyskusji udział brały dwie główne aktorki, Janusz Chabior, dwie producentki, operatorka oraz kompozytor muzyki. Sporo czasu poświęcono opisaniu rodzinnego charakteru filmu. Jest on niezależną produkcją, która nie otrzymała dofinansowania ze strony PISF-u, więc pomocne okazały się środki z funduszu Kujawy Pomorze. Duża część ekipy znała się wcześniej, bądź była spokrewniona. Wystarczy wspomnieć, że ojciec reżyserki, Andrzej Grabowski, a także mąż czyli Paweł Domagała, mają krótkie epizody w filmie. Przy czym nie postrzegam tego wyjątkowo jako problemu, bo jak wspomniałem, to była niezależna produkcja. Realizowana tanio i szybko, więc w takim przypadku znajomości są po prostu przydatne.

fot. Mother Mary, reż. David Lowery, dystr. Monolith Films

Warto jeszcze wspomnieć, że seans ,,Drogi rzadziej przemierzanej" zaliczył ponad 20-minutowe opóźnienie, które przyczyniło się do przesunięcia mojej następnej projekcji o 15 minut. Na szczęście informacja o tym była widoczna całkiem wcześnie na stronie internetowej. Moim ostatnim punktem dnia był seans ,,Mother Mary" w reżyserii Davida Lowery'ego. Warto wiedzieć, że jego ,,Ghost Story" ciągle uważam za mój najbardziej ulubiony film w historii. Zaś ,,Zielony Rycerz. Green Knight" też jest przeze mnie uważany za doskonałą produkcję. Uważam Lowery'ego za bardzo ciekawą postać w kinie, bo praktycznie stale nie tkwiącą w jednym miejscu. To samo dotyczy jego najnowszego dzieła. ,,Mother Mary" to dramat psychologiczny o piosenkarce pop i jej relacji z projektantką kostiumów, a jednocześnie też horror w kluczu tych dystrybuowanych przez A24. Zupełnie nowy kierunek dla reżysera, który wypadł moim zdaniem bardzo ciekawie. Niemal cała produkcja rozgrywa się w przestrzeni jednej pracowni, a ja bardzo lubię tego typu historie. Szczególnie, że tutaj wiąże się to z fantastycznymi przejściami do sekwencji rozgrywających się dla odmiany gdzie indziej. Jednak przez większość czasu słuchamy rozmów pomiędzy głównymi bohaterkami. Dialogi oraz grę aktorską przyrównałbym do graniczenia pomiędzy groteską, teatralnością, a naturalną dramaturgią. To specyficzne dzieło, do którego trzeba trochę przyzwyczajać się. Jednakże dialogi są wyraziste, zaś Anne Hathaway oraz Michaela Coel są fantastyczne. Pierwsza prezentuje portret artystki pop, który może i nie jest oryginalny, lecz jej przejścia pomiędzy dwoma różnymi osobowościami robią wrażenie. Do tego śpiewane przez nią piosenki wpadają w ucho. Oczywiście nie jest niczym nowym, że Anne Hathaway umie śpiewać. Jednakże naprawdę warto docenić to jak doskonale prezentuje się w koncertowych scenach (które są też przepięknie nakręcone). Natomiast towarzysząca jej Michaela Coel przypomina o tym, że powinna znacznie częściej dostawać okazję do bycia na dużym ekranie, szczególnie na pierwszym planie. Grana przez nią Sam Anselm jest wyrazista, cięta i zabawna w swojej sarkastyczności. Słuchanie rozmów tych dwóch bohaterek angażuje, bo człowiek docieka tego, co doprowadziło do ich rozłamu. Jednak jeszcze ciekawsze jest to jak od połowy ten film zmienia się. Z dramatu psychologicznego przechodzi do horroru. Do tego takiego, który przypomina typowy obraz z tego gatunku dystrybuowany przez A24. Inaczej mówiąc, duża alegoryczność, bądź obecność symboli, a także brak jumpscare'ów. Sam mam coraz więcej problemów z tą formułą, która zdaje się być coraz mniej oryginalna, a niekiedy może i pretensjonalna. Na szczęście David Lowery wychodzi z tego obronną ręką. Nie tylko jego horrorowe sekwencje prezentują się prześlicznie, ale również prowadzą do finału, który pozytywnie mnie zaskoczył. Film ostatecznie wyróżnia się względem pozostałych horrorów. Natomiast stale pozostaję świadomy, że to jest produkcja, od której wiele osób odbije się, co widzę po dotychczasowym, polaryzującym odbiorze krytyków i widzów. To ciekawe, bo nie jest to nawet jakieś szalone formalnie dzieło albo skomplikowane w jego interpretacji. Nie decyduje się też (słusznie) na komentowanie branży pop, co mogłoby skończyć się niewiarygodnym, pretensjonalnym komentarzem. Jednakże zakładam, że jak nie gra aktorska, to metaforyczność (zabawnie wyśmiana przez bohaterkę w filmie) będzie tym, co odrzuci ludzi. Po seansie pomyślałem jak bardzo ,,Mother Mary" jest podobne do... ,,Hurry Up Tomorrow". Zarówno pod względem tego o czym opowiada, jak i jego stylu. Wielu to pewnie odrzuci, ale tak szczerze to mi podobał się film Treya Edwarda Shultsa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz