czwartek, 9 stycznia 2020

,,Cats" / ,,Koty" - recenzja


Jeśli nie zbiera się wam na wymioty jak widzicie te koty to może jeszcze jest szansa, że jakkolwiek odnajdziecie się w tym dziwnym bałaganie jakim są ,,Koty" Toma Hoopera. Choć na dobrą sprawę to nie wiem czy tolerancja dla humanoidalnych kotów coś tutaj pomoże.



Chyba nigdy w życiu nie miałem takiej sytuacji, żebym po wyjściu z kina nie wiedział co myśleć o filmie. ,,Koty" sprawiły, że nie miałem pojęcia czy to co obejrzałem podobało mi się czy wręcz przeciwnie. To jest tak dziwna produkcja. Zresztą, od początku zapowiadała się na taką. Niby znajomą, bo to wciąż ten sam znany mi musical, ale z drugiej strony czemu wygląda to tak dziwnie? Jeśli człowiek nie zaakceptował wyglądu kotów to mógł omijać nowy film Toma Hoopera szerokim łukiem. Jednak mnie coś przyciągało do tego projektu. Pozostawało tylko pytanie czy kompletnie odbiję się od niego czy będę zachwycony. Ostatecznie efekt był zgoła inny niż się tego spodziewałem, bo tak jak wspomniałem, po seansie nie wiedziałem co myśleć.

Zacznę lepiej od samego początku. Już wtedy ma miejsce pierwsza próba, która zadecyduje o tym jak minie reszta seansu. Po pierwsze, wygląd kotów. Krytykowany nie bez powodu i moim zdaniem nie trafiony. Jednak mogę też powiedzieć, że prędko przyzwyczaiłem się do niego i jeśli mogę przyznać mu coś na plus to powiem, że sierść wygląda momentami bardzo dobrze. Głównie na zbliżeniach, ale zawsze coś. Po drugie, piosenki. Bardzo prędko trzeba zaakceptować, że będziemy ich słuchać bez końca. Jednym może to przeszkadzać, bo np. nie kojarzą oryginalnego musicalu, a niektórzy natomiast poczują się jak w domu. Są również ci, którzy chcieliby, żeby ta forma znana z musicali została zmieniona tak by pasowała do medium jakim jest film. Przyznaję, można by ją lekko usprawnić, bo przynajmniej oznaczałoby to jakąś inwencję twórczą, ale też nie ukrywam, że bardzo lubię oryginalny musical i przez to nie przeszkadzała mi ta forma. 

Jeśli dalej jesteście żywi to najwyraźniej przetrwaliście pierwszą próbę. Jednak nie jest to koniec atrakcji. Film leci do przodu i prędko można uświadomić sobie, że brakuje trochę nowych pomysłów. Wszystko jest znajome, bo fabuła taka sama, piosenki również, a większość nowych rzeczy to głównie jakieś drobnostki, które mogłyby się nie pojawić (min. myszy z dziecięcymi twarzami). Jedyne większe zmiany to zrobienie z Victorii głównej bohaterki oraz bardziej rozbudowana rola Macavity'ego w fabule. Pierwszy element to dobry krok w bardziej filmowym ukazaniu tej historii. Drugi również, ale z nim jest już problem. Dobrze, że czarny charakter gra tym razem większą rolę, bo dzięki temu jego obecność ma więcej sensu. jednakże nie zostaje nawet wyjaśnione czemu chce zostać wybrany przez Wyrocznię do jonosfery. Do tego nie wybaczę twórcom, że zobaczyłem przez nich nagiego, kociego Idrisa Elbę. Cóż, przynajmniej bawił się on dobrze grając go. Natomiast tak jak pisałem, brakuje tu świeżości. Przez to większy sens jest w obejrzeniu oryginału niż nowej wersji. Niestety nie jest to koniec problemów.

To co najbardziej rzuca się w oczy to efekty specjalne. Nic zresztą dziwnego skoro to o nich mówiło się najwięcej. a najgorszy jest fakt, że w Polsce dostaliśmy wersję z niedokończonymi efektami. Dzięki temu możemy oglądać jak postacie mają ludzkie ręce, lewitują, nie posiadają cieni albo dzieje się coś dziwnego z ich twarzami. A to pewnie nie jest nawet wszystko. Naprawdę źle świadczy o twórcach oraz studiu, że zdecydowali wypuścić do kin nie skończony film. Reszta warstwy wizualnej jest już mniej ciekawa. Czepiać mógłbym się głównie montażu. Przez niego całkiem niezłe zdjęcia znacząco tracą na jakości. Nie wyglądają źle, ale są tak połączone przez montaż, że ma się wrażenie jakby ktoś postanowił losowo ułożyć je. Ot, bez ładu i składu. Natomiast o scenografii czy charakteryzacji nie mogę dużo powiedzieć skoro na dobrą sprawę nie ma ich tutaj przez zdecydowanie się na użycie CGI. Niestety ,,Koty" nie korzystają dobrze z warstwy wizualnej mimo, że powinna ona być niezwykle ważna, bo scenariusz nie gra pierwszej roli, więc trzeba opowiedzieć historię przez obrazy. Jednak film wykłada się na tym polu. Znacznie lepiej idzie mu z piosenkami i aktorami.


,,Koty" to niezwykle dziwna produkcja. Na każdy dobry pomysł przypada również zły, a cały wysiłek ludzi odpowiedzialnych za stworzenie filmu marnuje się, bo wystarczył tylko wygląd kotów, żeby pogrążyć tą produkcję. Jedni na pewno błyskawicznie odbiją się od niej i będą niczym wielu recenzentów, którzy jechali po niej od góry do dołu. Jest jeszcze garstka osób, którym spodobała się wizja Hoopera oraz grupa niezdecydowana. Ja należę do ostatniej. Gdyby ktoś mnie spytał jak bawiłem się, powiedziałbym, że świetnie. Jednak zapytany o opinię dotyczącą filmu, dałbym inną odpowiedź. Ciężko nazwać ,,Koty" dobrą produkcją. Może zdołałbym nawet uznać ją za słabą. Pełno jest tutaj problemów wszelakiej maści, nieważne czy dotyczących fabuły czy budowania świata. Do tego jet ona na dobrą sprawę niepotrzebna, bo przecież mamy już lepsze ,,Koty". Można niby chwalić Hoopera, że przynajmniej choć trochę ryzykował patrząc na to  jak wyglądają postacie w filmie, ale nie dość, że był to słaby pomysł to jeszcze jest to za mało dla mnie. Trzeba było spróbować zrobić coś nowego z fabułą, ale wyszło jak wyszło. Jasne, bawiłem się dobrze i będę do niego wracał, ale na liście moich ulubionych filmów roku nie znajdzie się. Jak już to będzie co najwyżej wśród największych rozczarowań.

Ocena: 5/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza